Aktualnie
Historia
Kościół E-R
Publikacje
Biblioteka
Koncerty
Ogłoszenia niedzielne
Akty prawne
Duchowni parafii
RTV
Linki
Napisz do nas
Biuletyn parafialny
Archiwum


Bądź na bieżąco dzięki naszemu Newsletterowi!

Nick

Adres email
Subskrybuj
Wypisz się
cmentarz







Duchowość - medytacja czy edukacja?

ROZMOWA Z KS. ANDREASEM EBERTEM

Dr Sabine Rauh: Dzisiaj w studio gościmy księdza Andreasa Eberta, Kierownika Centrum Duchowości św. Marcina w Monachium. Witam księdza bardzo serdecznie. Sformułowanie „centrum duchowości” niekoniecznie kojarzy się z Kościołem ewangelickim. Ksiądz mówił o duchowości już wtedy, kiedy jeszcze nie każdy członek Kościoła ewangelickiego umiał to słowo właściwie przeliterować. Czy uważa się ksiądz za pioniera?

Ks. Andreas Ebert: W ostatnim czasie słowo „duchowość” zdewaluowało się, w szczególności poza Kościołem. Wielu ludzi mówi: „Nie jestem religijny, ale jestem duchowy”. Jednak, gdy dopytujesz się, co kryje się pod pojęciem „duchowy”, rzadko kto umie udzielić precyzyjnej odpowiedzi. Faktem jest, że część Kościoła początkowo podchodziła bardzo ostrożnie do tego tematu, chociaż słowo to jest rdzennie chrześcijańskie: „duchowość” pochodzi przecież od „Ducha”, od „Ducha Świętego”.
      Duchowość jest wewnętrzną stroną religii. W duchowości chodzi o wnętrze, o to, co się dzieje w człowieku, o wewnętrzne spotkanie człowieka z Bóstwem lub z Bogiem, o praktykę wiary, czyli o modlitwę i o medytację, ale także o działanie, które dokonuje się za sprawą owego wewnętrznego Ducha.

I po to jest właśnie Centrum Duchowości?

Są nawet dwa, jedno w Monachium, drugie w Norymberdze. W monachijskim Centrum Duchowości oferujemy coś, co można niezwykle rzadko spotkać w Kościele, np. pracę z ciałem. Chrześcijaństwo i tradycja chrześcijańska karygodnie zaniedbała ciało, mimo iż jesteśmy jedyną religią, która wierzy, że Bóg stał się człowiekiem, że stał się ciałem. Wierzymy we wcielenie Boga, a tymczasem już we wczesnym chrześcijaństwie pojawiła się wrogość wobec ciała. Inaczej jest w religiach wschodnich, w których droga duchowa i modlitewna zawsze rozpoczyna się w ciele. Jeżeli człowiek nie pozostaje w pokoju i harmonii ze swoim ciałem, wówczas istnieje bardzo duże zagrożenie, że sprawy metafizyczne lub duchowe będą się działy gdzieś tam w „obłokach”, i nie zakorzenią się w realnym życiu. Musimy więc uczyć się od religii wschodnich, jak ważne jest ciało, modlitwa ciałem. W tej dziedzinie właśnie bardzo dużo się już nauczyliśmy, np. dzięki jodze, Tai Chi lub Qigong’u itd. Istnieją w tych tradycjach wspaniałe ćwiczenia, poprzez które ludzie mogą dogłębnie poznać samych siebie. A poznanie siebie samego jest warunkiem wstępnym modlitwy i medytacji.
      Jest to, można powiedzieć, przygotowanie do duchowości. Wejście w duchowość następuje z reguły albo przynajmniej bardzo często – i jako chrześcijanie musimy się tego na nowo uczyć – poprzez ciało. Kolejnym krokiem jest medytacja. Istnieje bardzo wiele form wschodniej medytacji: wielu ludzi wywędrowało na Wschód, by tam praktykować medytację zen lub tybetańską medytację z mantrą itp., ponieważ w chrześcijaństwie odczuwali olbrzymi deficyt w tej dziedzinie. Początki tego sięgają lat 50-tych i 60-tych. Część tych ludzi wróciła – byli to, nawiasem mówiąc, często mnisi katoliccy, którzy zaczęli zadawać pytanie: „Czy nie ma czegoś porównywalnego w naszej własnej tradycji? To wstyd! Czy musimy stać się buddystami, żeby nauczyć się medytacji?”

I jak brzmi odpowiedź?

Nie musimy. Duży nacisk kładziemy na ponowne odkrycie medytacji chrześcijańskiej, w formie pochodzącej z Kościoła prawosławnego, mianowicie na modlitwę serca. Jest to bardzo stara forma kontemplatywnej medytacji chrześcijańskiej, która ma wiele wspólnego z medytacją wschodnią. Sięga swoją historią do trzeciego wieku, jest więc bardzo stara. Istnieją w tym zakresie wspaniałe pisma, które dopiero od niedawna dostępne są w języku niemieckim. Centrum naszej medytacji stanowi zawsze Jezus Chrystus. I właśnie to odróżnia ją od form medytacji azjatyckiej. Naszą mantrą jest imię Jezus Chrystus.

Zaczynam już mieć jakieś wyobrażenie o Centrum Duchowości św. Marcina. Jednakże wygląda mi to wciąż na ofertę edukacyjną. A jest ono chyba czymś więcej?

Trzecim obszarem naszej działalności jest organizowanie sesji na wszystkie możliwe tematy duchowe, również te z pogranicza psychologii i duchowości, czym osobiście w dużej mierze się zajmuję. Wokół centrum – każdej niedzieli wieczorem mamy specjalne nabożeństwo, tzw. „mszę św. Marcina” – tworzy się pewien rodzaj wspólnoty personalnej, lub inaczej mówiąc wspólnoty podstawowej. Jest to właściwie grupa ekumeniczna i gromadzi osoby, które poszukują swoich duchowych korzeni, a w tradycyjnej chrześcijańskiej parafii nie czują się jak u siebie w domu, i którzy mówią całkiem jasno: „Normalne nabożeństwo niedzielne nie pasuje mi, ponieważ nie chcę, aby mi głoszono kazania”. Albo mówią, że język, jakim się tam posługują, nie jest ich językiem. Dlatego w naszym Centrum Duchowości zasadniczo rezygnujemy z kazań. Zamiast tego czytamy wspólnie tekst Biblii, a później o nim rozmawiamy. Często jest to związane z ćwiczeniami ciała, podczas których próbujemy przedstawić jakąś ewangeliczną scenę. Na przykład w scenie uzdrowienia paralityka próbujemy wyobrazić sobie, jak czuje się osoba sparaliżowana. Próbujemy przyjąć pozycję ciała człowieka sparaliżowanego a potem rozmawiamy o tym, co taka sytuacja w nas wywołuje. Z tego powodu jest to nabożeństwo w małej grupie – najczęściej jest nas 20-25 osób. Siedzimy na krzesłach w kręgu. Znamy się dobrze, można więc szczerze porozmawiać. I tak wokół wspólnej medytacji z jednej strony oraz nabożeństwa z drugiej powstaje wspólnota ludzi, którzy wcześniej nie mieli praktycznie żadnych więzi z Kościołem, ale zawsze powtarzali: „Właściwie chciałbym być chrześcijaninem. Czy naprawdę nie ma takiego miejsca, gdzie bym ponownie mógł zweryfikować moje doświadczenia i gdzie mógłbym na nowo odkryć moje chrześcijańskie korzenie?” Jest to, można by powiedzieć, typowy uczestnik spotkań u św. Marcina, typowa ich uczestniczka, a nawet typowy członek wspólnoty. Wszyscy oni mają za sobą własną drogę duchową, mówią jednak „New Age lub religie Wschodu są piękne, ale ja tak naprawdę chcę być chrześcijaninem”.

Centrum Duchowości św. Marcina nie ma długiej historii.

Tak, istnieje dopiero cztery lata.

Skąd wzięła się u księdza potrzeba powołania do życia tego miejsca?

Już od dwunastu lat wspólnie z Klarą Koller – bliską przyjaciółką, nawiasem mówiąc katoliczką, która także podąża drogą modlitwy serca – prowadziłem w kościele św. Łukasza oraz w Miejskiej Akademii Ewangelickiej kursy modlitwy serca. Gdy przed 13 laty przyszedłem do kościoła św. Łukasza jako duszpasterz, wspólnie z innymi ludźmi zorganizowaliśmy mszę św. Tomasza, która została zainicjowana krótko zanim ja się tam pojawiłem. Msza św. Tomasza jest szczególnym nabożeństwem, jest ona „nabożeństwem dla wątpiących i innych dobrych chrześcijan”, którzy mają trudności z tradycyjną mszą i z tradycyjnymi formami kościelnymi.

Doskonały tytuł, który można smakować.

Taka forma mszy została wynaleziona przed wieloma laty w Finlandii. Należałem do tych, którzy sprowadzili ją z Finlandii do Niemiec. W Niemczech jest obecnie 70-80 miejsc, w których jest proponowana msza św. Tomasza. Odbywa się ona zawsze w pierwszą niedzielę miesiąca o godz. 18:00 w kościele św. Łukasza. Od dłuższego czasu brałem w niej udział. Ludzie pogranicza zawsze mnie interesowali. Interesują mnie również ci kościelni chrześcijanie, którzy mówią: „Chcielibyśmy pogłębić naszą duchowość, chcielibyśmy rzeczywiście iść drogą medytacji, modlitwy. Pragniemy również angażować się społecznie w naszej wierze, aby nasze życie nie upłynęło po prostu mieszczańsko”. Z tego też powodu w kościele św. Łukasza ważnym tematem jest również praca z bezdomnymi. Dzięki temu łączymy duchowość z zaangażowaniem na rzecz społeczeństwa, a szczególnie na rzecz biednych. Dla mnie samego połączenie tych obu aspektów jest czymś bardzo ważnym, bo nie chodzi o to, by usiąść i gapić się we własny pępek. Chodzi o dotarcie do tego źródła siły, do duchowego bogactwa, dzięki któremu człowiek staje się aktywny i wnosi swój pozytywny wkład w życie.

Czyli wokół mszy św. Tomasza, czy też właściwie w Centrum Duchowości św. Marcina, powstaje parafia innego rodzaju, taka jakiej dotychczas jeszcze w Kościele ewangelickim nie było?

Zgadza się. To jest rzeczywiście coś nowego, nowy świat. Powstaje to jednakże pod dachem Kościoła, także pod dachem kościoła św. Łukasza. Miałem w życiu zawsze dużo szczęścia, że nie musiałem zwalczać instytucji Kościoła. Jestem księdzem tego Kościoła, identyfikuję się z nim i szanuję ten Kościół i jego tradycję. Ale należę również do ludzi, którzy mówią: Aby móc coś zachować, należy to zmienić; kto nie zmienia, ten również nie zachowuje. Musimy stale zadawać sobie pytanie: Jak mamy przekazywać to tak stare orędzie w zmienionych czasach? Jakie formy życia parafii należy rozwijać, aby współcześni ludzie – przede wszystkim ludzie żyjący w wielkich miastach – mogli odnaleźć się w życiu religijnym? Nasze struktury kościelne bardziej odpowiadają wiejskim strukturom z XVIII i XIX wieku, a nie wpasowują się w strukturę wielkiego miasta.

Sądzi ksiądz, że każda wielkomiejska parafia zachowuje się, jakby to była malutka wieś?

Tak, nabożeństwo niedzielne jest o godz. 10:00! A to nie odpowiada stylowi życia ludzi, w szczególności tych z wielkich miast. Już same godziny nabożeństw niedzielnych, formy nabożeństw niedzielnych, które są sprawowane monologicznie, to wszystko nie jest odpowiednie dla współczesnego człowieka. Ludzie chcą podjąć dialog, a także chcą mieć ciszę. Podczas naszych zwyczajnych nabożeństw w zasadzie nie ma w ogóle ciszy. Jest permanentne zagłuszanie albo muzyką, albo czytaniami, homiliami itd. Tę niszę wypełnia na swój sposób msza św. Tomasza i to, co robimy w Świętym Marcinie. Tutaj wydarzają się więc rzeczy, które w życiu naszego Kościoła pozostają niedoświetlone. Zdarzają się jednak one pod dachem kościoła.

Parę razy wspominał ksiądz modlitwę serca. Czy mógłby ksiądz opowiedzieć, co czyni tę modlitwę modlitwą chrześcijańską?

Modlitwa serca pochodzi od wczesnych mnichów, od Ojców i Matek Pustyni z trzeciego i czwartego wieku. Ludzie ci przenosili się na pustynię, aby znaleźć Boga, aby skonfrontować się z samymi sobą, aby pogodzić się ze sobą. Udawali się tam, aby, jak sami mówili, pokonać własne demony, aby pokonać to, co oddzielało ich od Boga. Mówili oni, że na tej drodze należy uczynić dwie rzeczy. Po pierwsze należy intensywnie i realistycznie skonfrontować się ze sobą oraz pokonać własne namiętności, ale twierdzili, że sami tych namiętności nie są w stanie pokonać, tak jak nie mogą sami siebie uzdrowić i zbawić.
      Aby znaleźć dojście do własnych dążeń, namiętności i myśli, niezbędny jest wielki samokrytycyzm, samouzdrowienie jednak pochodzi od Boga. To znaczy, konieczne jest przy tym wewnętrzne nakierowanie się na Źródło uzdrowienia, na Światło, na Boga. Z tego powodu ludzie już w dawnych czasach mówili, że istnieje forma modlitwy – nazywali ją „czystą modlitwą” – w której niepotrzebne są słowa, emocje, obrazy i która jest tylko wewnętrznym nakierowaniem się na Boga, na przebywanie w Jego obecności. Możliwe, że środkiem pomocniczym jest powtarzanie wersetu Psalmu lub Imienia Jezusa Chrystusa w rytm oddechu. Jest to bardzo bliskie formom modlitwy Wschodniej, gdzie także chodzi o bycie obecnym, o świadomość ciała, o odczucie siebie samego, o milczenie i liczenie oddechów. To wszystko jest także w buddyzmie zen.
     W modlitwie serca jest to nakierowanie się na Imię Jezusa Chrystusa lub modlitwa: „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną”. Powtarzanie powinno prowadzić do pozostania w stanie modlitewnym.
     Dwa razy w tygodniu mamy sesje medytacyjne, podczas których ludzie po prostu mogą u nas posiedzieć. A raz w miesiącu jest jeden dzień skupienia, podczas którego siedzimy rzeczywiście w ciszy.

To brzmi tak prosto...

Ale to nie jest łatwe.

Wierzę, że jest to niezmiernie trudne.

To jest długa droga praktyki.

Co jest w tym trudnego? Bo gdy ksiądz opowiada, to brzmi bardzo prosto. Siada się i nieprzerwanie wypowiada jedno zdanie.

W praktyce nie jest to łatwe dlatego, że podczas procesu edukacji, a także w społeczeństwie, w którym żyjemy, jesteśmy kształceni w myśleniu i działaniu. Ale niestety nie byliśmy edukowani w tym, co jest zasadnicze, mianowicie w odczuwaniu. A medytacja nie jest niczym innym, jak odczuwaniem. Jest patrzeniem, słuchaniem, wąchaniem, smakowaniem, byciem obecnym: „Gdzie właściwie jestem? Jak odczuwam moje ciało? Czy mogę odczuwać mój oddech?” Nie chodzi o to, aby kontrolować swój oddech, bo w ogóle nie chodzi o kontrolę, chodzi o sztukę bycia obecnym. I to jest właśnie najtrudniejsze: Po prostu być, nie myśleć i nic nie robić. Można to wyćwiczyć, ale to jest droga mozolnych ćwiczeń, ponieważ nasze myśli nas zalewają, ponieważ budzą się liczne uczucia.

Co zrobić w takiej chwili z tymi uczuciami?

Nie należy ich tłumić czy odsuwać. Chodzi o to, żeby się zanadto z nimi nie identyfikować. Zamiast tego powinno się powiedzieć: „Tak, mam moje myśli i moje uczucia, ale nie jestem moimi uczuciami, nie jestem moimi myślami”. My w tradycji chrześcijańskiej na pytanie o tę największą tajemnicę, czyli o to, kim się jest, odpowiadamy, że jest się dzieckiem Boga, że jest się na obraz i podobieństwo Boga. Jest to nasza właściwa identyfikacja. Ale ta identyfikacja jest często zniekształcona poprzez nasze myśli, przez nasze namiętności i uczucia. W medytacji wracamy do źródła. Czasami ten powrót jest mozolny, ale też są chwile z pięknymi doświadczeniami, kiedy nagle odczuwa się: „Tak, ja jestem w Bogu, jestem bezpieczny, cały strach znika, a we mnie jest pokój. I jest dobrze, jak jest. Mogę więc być takim, jakim jestem. Moja obecność przed Bogiem jest dobra!” Gdy się medytuje, wcześniej lub później ma się takie doświadczenie.

Wydaje mi się, że jest to cichy wariant tego, co ksiądz również organizuje, mianowicie rekolekcje na ulicy. Podczas tych rekolekcji na ulicy działa to tak samo, ale w inny sposób. Zgadza się?

To jest moje całkiem nowe odkrycie. Mój wydawca nazywa mnie „świnią szukającą trufli”. Świnia poszukująca trufli to taka świnia, która ma nosa do cennych trufli. Zgadza się, jestem rzeczywiście bardzo ciekawy i mam jakiś taki dar, aby od czasu do czasu coś znaleźć, o czym mogę powiedzieć: „Tak, to mnie zainteresowało i to również dla współczesnego człowieka będzie interesującą drogą dojścia do Boga, do świętości, do siebie samego”. Projekt „rekolekcje na ulicy” rozwinął w Berlinie jezuita Chrystian Herwartz. Ojciec ten jest szczególnym człowiekiem. Był duszpasterzem klas pracujących i już od 25 lat żyje z bezdomnymi. Jest wytatuowany od stóp do głów i nosi długą brodę. Rzeczywiście wygląda jak bezdomny, tzn. stał się on jednym z tych ludzi i mieszka w dzielnicy Kreuzberg we wspólnocie. Tak, jest on rzeczywiście całkiem szczególnym człowiekiem i jestem szczęśliwy, że go spotkałem.
      Pewnego dnia przyszedł do Chrystiana Herwartza młody jezuita i powiedział do niego: „Chciałbym u Ciebie odbyć rekolekcje, ale nie czytać Biblię, nie iść do lasu, nie medytować. Chciałbym znaleźć Boga w mieście, w codzienności”. Także Ignacy z Loyoli, założyciel zakonu jezuitów, powiedział wspaniałe zdanie o duchowym celu, że należy szukać Boga we wszystkich rzeczach. Jeżeli dąży się do tego konsekwentnie, jeżeli bierze się to poważnie, to Boga musi się znaleźć na każdym rogu ulicy i w każdym człowieku. Chociaż nie widzi się Go od razu, to można Go tam szukać. Podczas tych rekolekcji na ulicy dziesięć osób przez dziesięć dni jest wspólnie w drodze w dużym mieście. Najczęściej nocują oni w schroniskach dla bezdomnych, przygotowują sobie wzajemnie jedzenie itd.
     To wszystko nic nie kosztuje, bo to jest projekt bez pieniędzy. Każda osoba jest przez cały dzień w drodze. Tylko rano jest jeszcze duchowy impuls.

Czyli w drodze jest się samemu?

Tak, w drodze jest się samemu. O to chodzi. Dopiero wieczorem jest wymiana doświadczeń. Wieczory są bardzo interesujące, gdy się opowiada, co się przeżyło i pomaga wyjaśnić innym znaczenie tego, co wydarzyło się podczas dnia. Chodzi o to, aby w wirze życia szukać Boga. Jak się Go znajduje? Gdy idzie się za impulsem, za głosem własnego serca. Lub znajduje się Go, gdy jest się w drodze i nagle coś się zauważa, spotyka się coś specyficznego, coś co w normalnych warunkach może byłoby szybko pominięte. Kiedy spotyka się w drodze np. żebraka, w takim momencie powinno się powiedzieć: „Tak, teraz przystanę! Postawię się w sytuacji, której zazwyczaj unikam, zdam się na spotkanie, nawiążę rozmowę”.
      Często te rozmowy rozpoczynają się w taki sposób, że ktoś mówi do żebraka: „Ty tam, szukam Boga, czy możesz dać mi wskazówkę, gdzie Go znajdę?” Takie pytanie nigdy nie zostaje wyśmiane, ponieważ żebrak, prostytutka, są często tymi, którzy udzielają bardzo dobrych odpowiedzi. Także dzieci udzielają bardzo dobrych odpowiedzi, gdy stawia im się takie pytanie w środku miasta. A potem można iść za tym śladem. Ludzie, którzy w tym uczestniczą – ja sam też uczestniczyłem, teraz tylko towarzyszę tym, którzy to robią – przeżywają niewiarygodne doświadczenia. Podczas tych dziesięciu dni ma się rzeczywiście wrażenie, że tam w niebie jest dla każdego spisany scenariusz, wspaniała inscenizacja, tak iż każdy dokładnie znajduje swój temat.
     Jedna z osób kiedyś powiedziała: „Musieliście to wszystko przynajmniej przez rok przygotowywać z tysiącami świeckich aktorów, których wszędzie ustawiliście, aby doszło do inscenizacji! Każdego dnia wydarzało się właśnie to, o czym myślałem, że właśnie tego w tym momencie potrzebuję”. I w napięciu trzyma to, że gdy wieczorem wzajemnie pytamy się, czy widziało się w ciągu dnia Boga: „Gdzie On był i jaki był ten Bóg, którego widziałeś? Jak On ciebie spotkał?” To nie chodzi o imię B-ó-g, ale o pytanie, jaki Bóg kogo spotkał: „Czy to był kochający Bóg? Czy to był wymagający Bóg? Czy to był odrażający Bóg, biedny Bóg, cierpiący Bóg? Czy to był wesoły Bóg?” Bo również Bóg ma wiele oblicz i dlatego pytamy się: „Jakie oblicze Boga ukazało mi się dzisiaj i co ono ze mną robi?”

Sprawą zasadniczą jest przy tym zrozumienie – ja, muszę przyznać, musiałam uprzednio to zrozumieć – że rzeczywiście chodzi o poszukiwanie Boga. Tradycyjne zachowanie jest takie: Jeżeli ja jako chrześcijanin parafialny, jeżeli mogę siebie tak określić, idę przez miasto i widzę żebraka, wówczas jako chrześcijanin poczuwam się do obowiązku pomocy mu. Sformułuję to nieco patetycznie: Jeżeli idzie się przez świat jako chrześcijanin, wówczas chciałoby się w zastępstwie Jezusa go ratować. Ma się więc stale uczucie: „Muszę coś zrobić, muszę działać! Muszę pomagać ludziom!” Ale tak się nie da, bo...

Tak, wówczas ma się wspaniałą rolę: „Pomagam! Jestem dobrym człowiekiem!”

Czy nie jest to tradycyjna rola chrześcijanina, że czuje on w sobie taką misję?

Chrześcijańska praca socjalna, diakonia, związana jest z niebezpieczeństwem, że ludzie dobrze się czują, jako udzielający pomocy i jako dobrzy ludzie, którzy robią coś dla biednych.

Ale oczywiście ważna jest również jakość i rzeczywiście bardzo wielu ludzi wspomaga biednych i potrzebujących.

Wyśmienicie. Ale mimo wszystko to jest „tylko” pierwszy krok.

Jednak to jest przecież całkiem inna droga, niż te rekolekcje na ulicy.

Dokładnie. Tam chodzi o identyfikację, a nie o trzymanie się roli pomagającego. Nie idę tam, jako ksiądz i nie daję się tam też rozpoznać jako ksiądz. Gdy podczas rekolekcji na ulicy idę do garkuchni, wówczas nie pytam się, czy mógłbym tam pomóc ludziom w wydawaniu zupy. Ustawiam się wtedy w kolejce i pozwalam, aby mi nalano talerz zupy. To znaczy, wchodzę tam w inną rolę. Są również ludzie, którzy całe dziesięć dni siedzą pod kościołem jako żebracy. Przez całe dziesięć dni wypróbowują, jak to jest, gdy się jest oglądanym przez ludzi, którzy ich spotykają, co się przeżywa, gdy żyje się wyłącznie w roli potrzebującego i nic innego się nie robi. Pewien bardzo dobrze wykształcony teolog tak zrobił. Przeszedł „na drugą stronę” i to było dla niego bardzo, bardzo ważne doświadczenie.

A co ksiądz robił?

Podczas rekolekcji na ulicy nie byłem żebrakiem – do chwili obecnej jeszcze nie. Byłem w Berlinie, ponieważ jestem z urodzenia berlińczykiem, i wcześniej w zasadzie nie wiedziałem, co będę robił. Podczas moich rekolekcji na ulicy prześledziłem historię mojej rodziny. Mój dziadek został zamordowany przez nazistów w ramach programu eutanazji, ponieważ był upośledzony umysłowo. Szukałem jego śladów i miejsca, gdzie mógłbym odbyć żałobę. Potrzebowałem dziesięciu dni, żeby cokolwiek znaleźć, i zauważyłem, jak wszystko jest pozacierane: Nikt nie troszczy się o tę sprawę. Była np. wystawa, ale nie było klucza do niej. Gdy w końcu dostałem klucz, aby obejrzeć w Berlinie wystawę o eutanazji, to zastałem tam totalny chaos. Nikt o nią się nie troszczy.
      To było dla mnie straszne, że nie ma żadnej troski, aby ten temat znalazł swoje miejsce. Rzeczywiście potrzebowałem dziesięciu dni, aby znaleźć to miejsce, gdzie mógłbym w końcu zapłakać za moim Dziadkiem. To był mój temat. Każdy ma podczas rekolekcji na ulicy jakiś temat, który pojawia się znienacka. Czegoś takiego nie można zaplanować.

To znaczy, że nie planował ksiądz wyjaśnienia tego, tylko reagował na to, co przychodziło.

Tak, u mnie tak właśnie było. W tym czasie spotykałem innych ludzi, którzy żyli na ulicy. Np. młody Kanadyjczyk, który tak po prostu siedział na ulicy, ale nie żebrał. Przy tym mężczyźnie przesiedziałem dwie godziny i rozmawialiśmy o sensie życia. Coś takiego zdarzało się, ale moim właściwym tematem było to wyjaśnienie, to spotkanie z narodowym socjalizmem, który odcisnął się bardzo mocno w biografii moich przodków. Mnie interesowało, co złego się stało, chciałem, aby to znalazło we mnie miejsce. To było moje spotkanie z Bogiem.

Księdza spotkania z Bogiem są mocno powiązane z psychologią. Czy można to tak po prostu określić?

Nie, nie można tego tak po prostu określić. Nie studiowałem psychologii i nie jestem psychologiem, ale wierzę, że prawdziwa duchowość i dobra psychologia potrzebują siebie nawzajem. Prawdziwa psychologia jest wtedy, gdy można powiedzieć, że jest to podwójne spotkanie. Jest to spotkanie z Bogiem. Nie odbywa się ono w próżni, nie w budowli z myśli, ale w sobie samym. Jest to więc spotkanie z Bogiem i spotkanie z samym sobą: obydwa są bardzo ze sobą związane. Pascal, wielki matematyk i chrześcijański filozof powiedział kiedyś, że spotkanie z Bogiem bez spotkania z samym sobą prowadzi do pychy. Prowadziłoby to do religijnego faryzeizmu. Jeżeli nie ma spotkania z samym sobą, wówczas religia prowadzi do wywyższania się ponad innych, ponieważ mówi się: „Widziałem Boga i jestem po właściwej stronie!”
      Jedynym lekarstwem na to jest dogłębne spotkanie z samym sobą. Pascal mówi także, że spotkanie z samym sobą lub doświadczenie siebie bez spotkania Boga prowadzi do zwątpienia. Jeżeli obserwuje się siebie, jeżeli rozpoznaje się swoje otchłanie i przepaści i nie doświadcza się przy tym spotkania z kochającym i łaskawym Bogiem, wówczas zazwyczaj jest to nie do wytrzymania. Z tego powodu tak wielu ludzi zbacza z drogi poznania siebie samego. Prawdziwe spotkanie z Bogiem, podczas medytacji lub podczas rekolekcji na ulicy, pozwala zamiast tego obserwować siebie dokładniej, bardziej realistycznie i bez iluzji. W każdym razie jestem o tym przekonany i dlatego pracuję w tym miejscu, pomiędzy doświadczaniem samego siebie i doświadczaniem Boga, pomiędzy duchowością i psychologią.

Byłoby wspaniale, gdyby te idee i ta praca, jaką ksiądz wykonuje w Centrum Duchowości Św. Marcina, mogła promieniować. Czy ona już promieniuje? Ksiądz wychodzi przecież do innych instytucji, do parafii itd. i opowiada o tym.

Właściwie to mi wystarcza. Gdyż po pierwsze mówię: Small is beautiful – małe jest piękne. Święty Marcin ulokowany jest w głębi posesji. Jesteśmy tylko małym Centrum, które położone jest nieco na uboczu, tzn. trzeba nas trochę poszukać, gdy chce się nas znaleźć. Z większą chęcią celebruję nabożeństwo z 20, 25 osobami w kręgu, które się odczuwa, z którymi pozostaje się we wzajemnym dialogu, niż Wigilię Bożego Narodzenia, kiedy głoszę kazanie do 1500 osób. To pozostawiam moim kolegom i mówię: „Nie, nie lubię mówić do takich mas, gdy nie ma duchowego rezonansu, gdy nie ma dialogu”. Rzeczywiście wierzę, że w obszarze duchowym, w duchowości, decydujące są małe grupy, możliwie dużo małych grup, w których ludzie są ze sobą w drodze, zdają się na siebie, ukazują się sobie, zdradzają się i idą ze sobą wspólną drogą. To jest coś, co lubię i nad czym pracuję. Nie wierzę w dużą reformę Kościoła, ale wierzę, że Kościoły chrześcijańskie były zawsze miejscami, w których możliwe jest bogactwo prawdziwego życia duchowego i tak się dzieje. Ale 90 procent z tego, co jest naprawdę autentyczne, dzieje się w ukryciu. I tam właśnie powinno to pozostać. To znaczy, że nie nadaje się to do rozwieszania afiszy, ale nie trzeba rozwieszać afiszy, aby mimo wszystko to działało.

I tego życzę z całego serca księdzu, a także wszystkim tym, którzy angażują się i współpracują z Centrum Świętego Marcina. I jeszcze krótka informacja o instytucji: Kościół sprawuje wprawdzie nad Centrum swój patronat i częściowo je także finansuje, ale...

Kościół płaci połowę mojej pensji. To znaczy, tak jak wszystkie duchowe instytucje jesteśmy także wspomagani z zewnątrz. Jest to dla mnie nieco problematyczne: Kościół, również Kościół ewangelicki, mówi: Tak, duchowość jest dzisiaj bardzo, bardzo ważna. Ale nie ma pieniędzy do dyspozycji, ilość pieniędzy na to jest bliska zeru. Tego nie mogę zrozumieć, a także nie rozumiem, dlaczego w to się nie inwestuje, dlaczego na tę dziedzinę nie ma ustalonego budżetu. Również moje pół etatu stoi właśnie pod znakiem zapytania: Nie wiadomo, czy chociaż ta połowa będzie płacona przez Kościół.
      Może wierzy się, że jest to dziedzina, która w dalszej perspektywie będzie się sama utrzymywać. Utworzyliśmy podmiot prawny, radzimy sobie z finansami. Można jednak zauważyć, że jest jakaś niepewność. Nie ma jasnej koncepcji w Kościele, jak można przełożyć na realne projekty stwierdzenie, że ogólnie istnieje duża potrzeba duchowości i że my jako Kościół jesteśmy za to odpowiedzialni. To, co przychodzi, co rzeczywiście Kościół oferuje jako wsparcie, jest raczej skromne. Pragnąłbym większego finansowego zaangażowania Kościoła. Ale my w naszym Centrum przeżyjemy i tak, tzn. koniec końców problemy finansowe nie są dla nas takie ważne.

Kończymy więc życzeniami i dużym optymizmem, że Centrum Duchowości Świętego Marcina również w takich warunkach przetrwa.

Na pewno przetrwamy.

Życzę księdzu wszystkiego dobrego.

Dziękuję bardzo.

Przekład Paulina Leśniak
Tłumaczenie i druk za zgodą (c) Bayerischer Rundfunk

Andreas Ebert, kierownik Centrum Duchowości św. Marcina w Monachium, ksiądz z Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego w Niemczech. Był duszpasterzem w Stowarzyszeniu Apostolstwa Misyjnego przy kościele św. Wawrzyńca w Norymberdze, a od 1990 roku prowadzi Koło Ekumeniczne Enneagram. Jest księdzem w kościele p.w. św. Łukasza w Monachium, a od 2004 roku kierownikiem duchowym w Centrum Duchowości św. Marcina w Monachium.

Więcej informacji na stronie internetowej:
www.stmartin-muenchen.de

 
« poprzedni   następny »
© 2010 Parafia Ewangelicko-Reformowana w Warszawie